Share

Rok 2007 [2/3]

5 Mar 2008, 15:35

Ach, cóż że się stało, że oczekiwana przez milijony i narody druga część mojego muzycznego podsumowania pojawiła się dopiero po ponad dwóch miesiącach? Kogóż należy obarczać winą za opóźnienie drugiej części tejże wspaniałej trylogiji?
Wina leży pośrodku - pod koniec grudnia miałem już trochę gotowego stuffu, jednak dopadło mnie świąteczno-sylwestrowe rozleniwienie. A potem, z okazji Nowego Roku komp, a raczej dysk twardy, zaczął znowu świntuszyć (tzn. się jebać). Nie było możliwości słuchania muzyki bez stanów podkurwienia (to koszmarne "trrrrr" wplatane w dźwięki do dziś śni mi się po nocach), o dane też się obawiałem.
Problemy rozwiązałem gdzieś na początku lutego - ale jako że był to początek ferii zimowych, dorwało mnie lutowe rozleniwienie. Leń to potężny wróg, od wieków towarzyszący rodzajowi ludzkiemu. Jednak tym razem udało mi się go sprać na kwaśne jabłko, czego dowodem jest ta oto druga część MUZYCZNEGO PODSUMOWANIA 2007! <echo> Co prawda rok 2008 trwa już trzy miesiące, ale jak to się rzekło - lepiej późno niż wcale.
Ok, koniec 3,14erdolenia. Przejdźmy do konkretów.

---



Paul HartnollThe Ideal Condition (28 maja 2007)

Nie ukrywam, iż liczyłem na to, że album ten jako solowy projekt połowy duetu Orbital będzie przynajmniej po części kontynuował podróż przez przestrzenie wypełnione niepowtarzalnymi dźwiękami tego że zespołu. Bracia Paul i Phil Hartnoll jako orbitalni pożegnali się z publicznością w 2004 Blue Album (swoją drogą nie takim złym jak go malują). W 2007 obydwaj powracają ze swoimi solowymi krążkami.

Album składa się z dziewięciu utworów, z czego pięć to instrumentale. Na pozostałych czterech młodszego Hartnolla wspomagają wokaliści. Jako że kawałki wokalne przeplatają się z instrumentalnymi, najlepszym wyjściem będzie opisać "stan idealny" metodą track-by-track.

Już od utworu wprowadzającego – Haven't We Meet Before? czuć, że Paul nie osiadł na "starych orbitalach" i tchnął w swoją muzykę dużo klasycznej świeżości. Nad elektronicznymi dźwiękami zdecydowaną przewagę mają smyczki i chór. Klimat natomiast niemalże żywcem zaczerpnięty z wysokobudżetowej filmowej produkcji, na szczęście lepszej klasy - bez kiczu i dłużyzn. Podczas słuchania aż chce się rzec iście aktorskim tonem - "Witamy ponownie, panie Hartnoll...". PlayFor Silence z uroczo śpiewającą Lianne Hall jest słodką balladą, gdzie przewagę mają ponownie instrumenty "żywe" (do wokalu i skrzypiec dochodzą ładne dzwoneczki). PlaySimple Sounds to pierwszy konkretniejszy elektronik - skrzyżowanie kwaśnych dźwięków z fletem i - po raz kolejny, ale tym razem już dyskretniej - smyczkami. Mimo że nie zachwyca, bardzo przyjemny dla ucha.

Singlowy numer czwarty, zbliżony do elektro-popu PlayPlease z proszącym Robertem Smithem na wokalu, jak na singla przystało, jest najbardziej chwytliwy i przyjazny radiu. I jak to z singlowymi numerami bywa, tematyką tekstu jest miłość. Pełen ciepłych elektronicznych dźwięków, kawałek równie lekki co przyjemny.

Środek płyty jest zdecydowanie najlepszą jej częścią – Unsteady Waltz to czysta muzyka klasyczna, bez ingerencji komputerowych brzmień. Wieloletni weteran brytyjskiego techno w tym przemiłym - tworzącym sielską atmsoferę - utworze wreszcie pokazuje się z ludzkiej strony. Plus dla pana, panie młodszy Hartnoll! PlayNothing Else Matters jest natomiast najładniejszym kawałkiem wokalnym. Ten klimat przyśpieszonej (i nieco smutnej) kołysanki, ten kojący głos Akayzii Parker, ten refren... Elektroniczny miód dla uszu.

Siódmy PlayPatchwork Guilt wywołał uśmiech sentymentu na mojej twarzy - najbardziej orbitalowy z całego albumu. Nie jest to co prawda już to samo, ale miłe wspomnienia i cząstkę "orbitalności" przywołuje.

Przedostatni PlayAggro jest najcięższym utworem z płyty. Skrzyżowanie hartnollowych brzmień z rockiem nie dało niestety zbyt ciekawego rezultatu. Kawałek ten wraz z poprzednim, uniknął "popieszczenia" przez żywe instrumenty. Zamykający spektakl PlayDust Motes (zadedykowany matce Hartnollów, Yvonne) jest kompozycją przepiękną - z początkowych smutnych nut wypłakiwanych przez skrzypce w miarę trwania wyłania się nadzieja, przeradzająca się w cudowne, chwytające za serce orkiestralno-chóralne apogeum. Po raz kolejny udaje się to bez zbędnych przedłużeń i kiczu. Brawa na stojąco, panie Paul, chórze i orkiestro!

Komu mogę polecić ten krążek? Z pewnością każdemu lubiącą muzykę filmową - nie zdziwię się, jeśli któraś z instrumentalnych kompozycji zostanie użyta w jakimś wysokobudżetowcu (miejmy nadzieję, że nie byle jakim). Dla ludzi poszukujących czegoś ciekawszego niż rzeczy serwowane nam przez radio i telewizję, także powinna być to dobra propozycja. Ortodoksyjni fani Orbital oczekujący powrotu do brzmień z lat 90 mogą się jednak srodze zawieść (anyway, nie warto być purystą). A do osób z muzycznym doświadczeniem w wielu gatunkach - nie spodziewajcie się czegoś świeżego i odkrywczego, nastawcie się "jedynie" na bardzo przyjemne czterdzieści minut muzyki.

---



Aaron SpectreLost Tracks (5 czerwca 2007)

Aaron Spectre jest artystą co najmniej zaskakującym. To właśnie temu panu zawdzięczamy wydaną w 2006 pod pseudonimem Drumcorps breakcore'owo-grindcorowy Grist, jeden z najbrutalniejszych i najzajebistszych gitarowo-perkusyjnych ataków jaki przeżyły moje uszy. Po entuzjastycznej reakcji publiki można było spodziewać się, że Spectre pójdzie za ciosem i wykombinuje, jak siec jeszcze brutalniej.

A tymczasem - przysłowiowy guzik. Wydany w 2007 Lost Tracks jest istnym balsamem dla uszu i ducha. Ktoś komu nie spodobał się album powiedział, że jest to zbiór jego odrzutów bądź nieudanych eksperymentów, stąd nazwa. Bulszit.

Tytuł krążka znakomicie podkreśla atmosferę na nim panującą - zagubienie i melancholia zmieszane z ciągłym poszukiwaniem światła spełnionych nadziei. Muzycznie jest przeplatanką ciepłych melodii z chłodem zawartym we wszechobecnych bitach, nieraz brzmiących niczym zgrzyty dochodzące z głębii oceanu. Obydwie "temperatury" uzupełniają sę doskonale. O ile dźwięki zazwyczaj pełniące rolę uszojebców w rękach nie-zdiagnozowanych schizofreników wyrażających swoje szaleństwo w postaci muzyki, gdy pojawiają się na Lost Tracks, po prostu masują nasze bębenki.

Od samego początku album podąża według zasady - im dalej, tym bardziej melodyjnie. Do podróży kojąco zaprasza nas PlayDulcimer składający się głównie z pojedynczych brzdąknięć gitar i uderzeń w pianino, w uroczy sposób rozpływających się w przestrzeni dźwięku. Następne PlayHalf Silver, PlayThe Wrong Fuel i Voices są niczym rozpędzający się silnik podwodnej maszyny - w pierwszym mechanizm rozgrzewa się do startu, w drugim prowadzi słuchacza przez labirynt grot (wbrew tytułowi, paliwo nie zawodzi). W trzecim natomiast rozpędzony, podążając ku ciemnemu światłu w końcu tunelu, przygotowuje się do wypłynięcia na pełne wody. Co następuje w Ocean, będącym remixem utworu Aarktica, wydanego na Pure Tone Audiometry w 2003 roku. O ile oryginalnego kawałka nie słyszałem, wersja Aarona Spectre jest najlepszym dowodem na słowa zawarte w ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu. Chrupoczące z początku "zasolone" dźwięki z czasem zamieniają się w elektroniczne bąbelki słodkiej wody. Gdy dołącza się do nich rozmyty wokal, aż do zakończenia utworu znajdujemy się w niebiańskiej głębii...

Down In The Gutter i Break Ya Neck (remix kawałka Lapsed) diametralnie zmieniają klimat, wyrywając nas z cudownej atmosfery budowanej przez połowę albumu. Nie myślcie jednak, że są złe. Ich jakość jest wprost proporcjonalna do stopnia zaskoczenia związanego z nagłą "zmianą bajki".

Pod koniec wracamy do pejzaży bliskich pierwszej połowie, acz nieco odmiennych. Morning Under Leaves to wspaniale pachnący ogród szumów, trzasków, zakłóceń i przesterowanych dzwoneczków. A przynajmniej dźwięków przypominających dzwoneczki... Co do ostatniego Playdegrees... O ile w większości przypadków, kiedy na albumie raczej-bez-wokali wkrada się "słodka" wokalistka, wychodzi z tego zrujnowany numer (bądź kilka numerów) wypełniony(ch) pseudo-podniecającym pipczeniem o pseudo-istotnych sprawach. Tu na szczęście jest zupełnie inaczej - z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że bez głosu Kazumi, koniec wędrówki byłby CHOLERNIE niekompletny.

A samo zakończenie recenzji będzie (cholernie) krótkie - dla lubiących spokojno-potrzaskaną elektronikę - pozycja obowiązkowa!

---



The Chemical BrothersWe Are The Night (2 lipca 2007)

Przed chemicznymi stało trudne zadanie - zrekompensować się przed liczną rzeszą fanów uważającą ich ostatni "wybryk" – Push the Button za wyraźnie słyszalne pójście w stronę pieniążków i - według wielu - muzyczną kichę. Czy im się to udało? Niech na to pytanie odpowie grono pokrzywdzonych, do którego ja się nie zaliczam.

Na poprzednim krążku duet podążył za hip-hopem, tutaj stery objął na brit-pop, za którym niezbyt przepadam. I tak w repertuarze gości znajdą się zespoły i wykonawcy, na widok których samo nasuwa się pytanie: "Modnisie czy pedały?".

Szczerze mówiąc – PlayNo Path To Follow jako intro chemiczni mogli sobie darować - już od pierwszych sekund nasze uszy pieści "eunuszy" wokal. Lepiej sprawdziłaby się tu kobieta. Na szczęście, utwór tytułowy od samego początku do końca, z nawiązką wynagradza nam początkowe zawodzenia. Jest to jedyny numer z tej płyty, który mógłbym umieścić w panteonie klasyków duetu. Tytułówka jest niczym obserwowanie gwiazd po dużej dawce LSD - psychodelicznie, gęsto, schizowo, ostro, mocno. A pod koniec wszystko kwaśnie się rozpływa... Tak, zdecydowanie numero uno tej płyty.

Skoro pierwszy właściwy kawałek uznałem za najlepszy, to czy reszta jest słaba? Wbrew pozorom, na to pytanie nie ma konkretnej odpowiedzi. Wiele numerów samych w sobie jest dobrych (Kopiące PlaySaturate, dosyć smaczne, choć nie przepyszne PlayDas Spiegel, unoszące się PlayBurst Generator, nakręcające PlayA Modern Midnight Conversation, pseudo-epickie acz chemicznie świeże PlayBattle Scars), które jednak przy zestawieniu z lepszymi utworami poprzednich krążków mogłyby robić za b-sajdy. Znalazło się też trochę momentów słabych bądź po prostu niezadowalających. PlayAll Rights Reversed byłoby w porządku, gdyby nie to cholernie irytujące wycie przewijające się przez cały kawałek. Po wokalu Aliego Love w PlayDo It Again wyraźnie słychać, że na sesję nagraniową zapomniał wziąć swój "sprzęt" (biada chemicznym, że wybrali to coś na singla, choć bez tego "śpiewu" jest o połowę mniej irytujące). Co do PlayThe Salmon Dance - jeśli potraktujemy to jako muzyczny żart, możemy dobrze się bawić. Na poważnie - pozwólcie wyciąć mi kawałek tekstu – say out loud: What the fuck is that?. PlayHarpoons brzmi jak intro do utworu, który mógłby być całkiem uroczy, gdyby go tylko dokończono. A, gdyby jeszcze wyrzucono ten miękki, pseudo-romantyczny głos z PlayThe Pills Won't Help You Now, płyta kończyłaby się naprawdę przyjemnie, a tak...

Chemiczni zawsze (zazwyczaj w dobrym stylu) szli za modą, co udowadniają po raz kolejny. Do We Are The Night wracam pojedynczymi numerami, które w najmniejszym stopniu za nią podążają...

---



Teargas & PlateglassBlack Triage (3 lipca 2007)

Society was composed from three simple categories: the killers, the victims and the bystanders...

Przyszli znikąd. Nieliczni zauważyli ich nadejście w 2004. Ci, którym się udało, otrzymali prawdziwy cios w uszy - ścieżkę dźwiękową z końca świata, gdzie pompatyczność została brutalnie wyparta przezbezlitosne trip-hopowe bity. Swoim ciężarem kosiły słuchaczy niczym kostucha w dzień ostatnich żniw, który tenże album ilustrował. "Spokojniejsze" momenty były chwilami niepokojącej ciszy przed kolejną, jeszcze większą burzą - krążek ten swoim klimatem nie dawał słuchaczowi wytchnienia aż do ostatniego dźwięku. A po ochłonięciu, pytanie od nielicznej rzeszy - kim oni do cholery są?

Można rzec, że są to residentsi XXI wieku, choć takie stwierdzenie nie będzie do końca poprawne - skład formacji jest w przybliżeniu znany choć niepotwierdzony (m.in. David Sylvian, Chris Vrenna, Ursula Rucker). Nie ma jednak w Teargas & Plateglass pojęcia takiego jak "stali członkowie". "Od kuchni", są natomiast jedną wielką zagadką. Wkrótce po wydaniu debiutu rozpłynęli się. Z równie wielką siłą przerwali milczenie po trzech latach nowym albumem Black Triage. Jednak czy aby na pewno wszystko jest na nim nowe?

Niestety, ponad połowa materiału to utwory obecne na pierwszej płycie. Ich oceniać nie będę - powiem tylko, że ich siła nie zmalała ani trochę przez trzy lata przerwy. A nowe utwory? Gdyby zamiast starego materiału dorzucono by świeży o podobnej mocy, mielibyśmy krążek bijący debiut na głowę. Jest jeszcze mroczniej, gęściej i brutalniej. Poza PlayIntroduction i PlayKuomintang, reszta jest bezlitosnym marszem nie oszczędzającej nikogo zagłady.

PlayPlague Burial pełen jest dźwięków zbliżających słuchacza do stanu samobójczego; przytłumione żałobne chóry, potępieńcze smyczki, płaczący po zmarłych fortepian... Bity budzą natomiast skojarzenia jak najbardziej adekwatne do tytułu - odgłosy tysięcy regularnie pracujących koparek, grzebiących spalone ciała ofiar zarazy. W PlayOne Day Across The Valley możemy usłyszeć historię młodej dziewczyny wplątanej w sam środek masakry bezbronnej ludności. Zazwyczaj nienawidzę narracji w utworach, tutaj jednak idealnie pasuje ona do muzyki oraz uczuć narratorki; w jej opowieści nie ma poetyckich upiększeń. Jest surowo, brutalnie i bez litości.

Wcześniej wspomniany, najspokojniejszy (co nie znaczy że jest chwilą wytchnienia) Kuomintang pełni rolę pozbawionego nadziei requiem. Z czasem do syntezatorów i pianina dołączają głosy cierpiących w czyśćcu nie do końca niewinnych zmarłych... Dźwięki piorunów obecne we wstępie PlaySimplify This Landscape With Darkness sugerują żniwa na większą skalę. Przesterowane krzyki dochodzące do marszu dźwięków rozwiewają wszelkie wątpliwości co do charakteru "zbiorów"...

PlayBehold the Sea of Ills So Vast przedstawia krajobraz morza zużytych narzędzi zadających śmierć, pod którymi leżą pogrzebani, często jeszcze dogorywający ludzie. Wysokie dźwięki pianina są doskonałym dopełnieniem skrzeczących gitar zmieszanych z dalej maszerującymi bitami. Niczym ronienie pojedynczych łez nad poległymi...

Ku mojemu nieprzyjemnemu zaskoczeniu, PlayPray For Night To Fall to PlayResentments of the Dead ze zmienioną nazwą - patrz trzeci akapit. Natomiast ostatnia nowość - najbliższy "właściwemu" trip-hopowemu rytmowi L'Hôpital de Martyrs - nieco zwalnia tempo, acz zapowiada, że kosa żniwiaża nieprędko trafi na kamień...

A my miejmy nadzieję, że Teargas & Plateglass wypuści jeszcze wiele tak dobrych albumów, bez bawienia się w powtórki. Black Triage bez cienia wątpliwości uznaję za jedno z najlepszych wydawnictw zeszłego roku.

---



UNKLEWar Stories (9 lipca 2007)

UNKLE to jeden z zespołów, który co album eksperymentuje z dodawaniem nowych gatunków do swojej palety brzmień. Niestety, Never Never Land wydany 5 lat po udanym tajemniczo-trip-hopowo-(nieco)-rockowym-hip-hopowym debiucie Psyence Fiction udowodnił, że takowe nie zawsze wychodzą dobrze.

O ile pierwszy album był cholernie klimatyczną i różnorodną (przez co niektórzy twierdzili, że to raczej składanka niż pełnokrwisty longplay) mglistą podróżą przez depresyjno-radosne
nastroje, na drugim James Lavelle i spółka, jak dla mnie, znacznie zaniżyli pułap lotu, muzycznego i klimatycznego. Część utworów ciekawa (PlayEye for an Eye, Safe in mind (Please get this gun out from my face), PlayInvasion), część będąca po prostu pseudo-dramatyczną papką (PlayIn a State, Playwhat are you to me, PlayInside) z pięknem dociskanym na siłę. Teraz, Lavelle do pracy nad trzecim krążkiem zapraszając plejadę gwiazd brytyjskiego rocka, na warsztat wziął... No właśnie, rocka.

Jako że muzyki rockowej jako takiej słucham raczej rzadko, wrażenia po pierwszym przesłuchaniu były mniej więcej takie - "A, fajne do posłuchania, taka plejada rockowych hiciorów, ale nie, to nie toto. Ok, z wyjątkiem wyśmienitego instrumentalnego >>Chemistry<< rozpoczynającego płytę i >>Burn My Shadow<<, najlepszym wokalnie numerem od czasu >>Rabbit In Your Headlights<<. Tak tak, Ian Astbury ma cudowny wokal. Ale tak to reszta na jedno kopyto. Ale na pewno lepsze od >>Never Never Land<<".

Pierwsze wrażenie bywa zazwyczaj złudne, więc pomęczyłem ten krążek jeszcze trochę. I tak oto z muzycznej papki zaczęły wyodrębniać się oddzielne kształty. I ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, jest na czym zawiesić ucho.

Które z usłyszanych figur są więc ciekawszymi? Pozwólcie, że wymienię... Przepiękne, mroczne i zajebiście filmowe PlayChemistry, aż się prosi (by nie powiedzieć: wystawia cztery litery) o wykorzystanie w jakimś filmie bądź serialu (co zresztą zostało już chyba uczynione). Następnie PlayHold My Hand z wpadającym w ucho refrenem (wokalnie Lavelle daje radę). Zawierający wyśmienity wokal Josha Homme Restless, jest świetnym kawałkiem, w którego rytm aż chce się klaskać, tu refren także wciąga. Pop-rockowy Keys to the Kingdom jest natomiast idealnym numerem na singla - aż prosi o puszczenie się w radiu, przy czym "zerwany z więzi" pobiłby większość radiowych (s)hitów.

Tempo zwalnia nieco w PlayPrice You Pay - tu melancholia i rockowe wybuchy spacerują tą samą ścieżką, trzymając się mocno za rękę. Dorzuciwszy jeszcze nieco smęcące wokale pana Lavelle otrzymujemy przyjemnie zmiękczająco-pobudzający numer. Prawdziwe eksplozje następują jednak w Burn My shadow, który wciąż uważam za najlepszy moment płyty. Idealnie wyważony dramatyzm, przepełniająca cały utwór desperacja oraz wcześniej wspomniany niesamowity głos Astbury'ego tworzą jeden z najlepszych rockowych numerów, jakie dane mi było słyszeć. Choćby dla tego numeru warto sprawdzić album. No i ten teledysk!

Jak widać, pierwsza połowa płyty mocną jest. Czy tak samo będzie z drugą? Niestety, nie ma tak dobrze. Choć nie jest też źle - utwory od 8 do 15 to przeplatanka papki i dobrych numerów. Przy czym te lepsze stoją na równi z pierwszymi siedmioma (Intra, choć urocze, nie liczę).

Co więc mamy po drugiej stronie dobrego? Niebiańsko czilujący Twilight, jedyny nie-rockowy kawałek, gdzie po raz drugi dla UNKLE wokalnie udziela się Robert Del Naja (a.k.a 3D z Massive Attack); pełne energii PlayMorning Rage (wokalnie chyba najlepszy z lavelle'owskich); przepiękne i epickie, bez cienia przesadnego patosu When Things Explode (Ian Astbury does it again...) oraz ukryty instrumentalny Tired of Sleeping - jak dla mnie właściwe zakończenie płyty. A co z resztą? W skrócie - są i czasem sobie polecą, ale słabsze.

Wraz z wydaniem War Stories, popularność projektu Jamesa Lavelle drastycznie wzrosła. I dobrze - to kawał porządnej muzyki, w pełni zasługującej na to, by było o niej głośno. Ciekawe w jaką stronę UNKLE podąży na następnym longplayu...

PS. Do limitowanej edycji albumu dołączono krążek z instrumentalnymi wersjami wszystkich kawałków - za to dla UNKLE wielki plus. Jak dla mnie powinno być to standardem dla limitowanych edycji albumów. Niektóre ze słabszych numerów po usunięciu wokali, sporo na takiej operacji zyskują.

---

Część trzecia BĘDZIE.
Accepted Submissions
Poland

Comments

  • klusek86 wrote:
    5 Mar 2008, 21:57
    Bardzo pozytywnie odbieram nowy album Chemicznych, nie da się ukryć, że z całej grupy wykonawców z etykietką electronica chyba tylko oni wciąż trzymają bardzo wysoki poziom. Wiadomo, że trudno byłoby oczekiwać od nich powrotu do big beatu z dwóch pierwszych płyt, albo psychodelii z Surrender. To nie te czasy. Szczerze mówiąc, widząc dalsze męczarnie Underworldu z progresywnym housem, to cieszę się, że chłopaki nie stoją w miejscu, choć ja również za brit popem nie przepadam.

    Mój faworyt to Saturate - spokojnie mogę umieścić ten utwór w panteonie najlepszych utworów. Generalnie, trochę denerwujące na tej płycie są wokale, największe przegięcie to Do It Again (choć sama piosenka też jest słaba), no i oczywiście ten łosoś, który popsuł całkiem niezły podkład.

    PS. Aż mi głupio, że słyszałem tylko dwa albumy z Twojej listy (jeszcze UNKLE), ale wkrótce nadrobię zaległości :)

    View Profile | Leave klusek86 a shout

Leave a comment. Log in to Last.fm or sign up (it’s free).